 |
 |
 |
South Polish Mountain Challenge – czyli o wyprawie rowerowej po górach Polski
Zdjęcia z wyprawy znajdują się tutaj.
Zaczęło się jesienią 2006 roku. Kolejne formy wyścigów rowerowych w górach pozostawiały pewien niedosyt. Wymyśliłem, że przejadę na rowerze całe góry Polski z jednego końca na drugi. Wymyśliłem również groźnie i dumnie brzmiącą nazwę, sformułowałem kilka założeń organizacyjnych i zacząłem szukać chętnych do podjęcia tego wyzwania wraz ze mną.
Założenia były proste – przejechać wzdłuż polskiej granicy na rowerze (wyprawa miała chwilami przemieszczać się po stronie czeskiej, bo ciekawiej, górzyściej lub po prostu wygodniej), być samowystarczalnym – czyli mieć śpiwór, karimatę, zestaw do przyrządzenia jedzenia i parę ciuchów. I to wszystko wieźć w plecaku. Nie wydać dużo pieniędzy.
Ogłosiłem się na większości for rowerowych. Na niektórych spotkałem się z falą krytyki, na szczęście były i słowa wsparcia. Założyłem własne forum, powstała też strona wyprawy. Zgłosiło się kilkanaście osób, dwa miesiące przed wyprawą spotkaliśmy się w Ustroniu. Dwudniowa wycieczka pozwoliła częściowo poznać swoje możliwości i omówić kwestie samego wyjazdu. Ostatecznie ruszyliśmy w 7 osób:
Adam – student architektury na Politechnice Śląskiej, bębniarz i dusza towarzystwa. Jego rowery maja nawet imiona – oczywiście żeńskie.
Mateusz – licealista z Zembrzyc (koło Suchej Beskidzkiej), narciarz i turysta, asfalty pokonywane na rowerze to jego zmora.
Alek – uczeń liceum w.. Nowym Jorku, choć pochodzi z Głogowa, a etnicznymi korzeniami tkwi w Beskidzie Niskim. Chętny do wspólnej pracy, nawet przy zajęciach kuchennych. Szacowane przez niego odległości trzeba było mnożyć przez 3.
Tomek – wieczny student, jednak już zaręczony, ponadto krakowski kurier rowerowy. Do jego chrapania można się przyzwyczaić..
Mariusz - student 2 roku turystyki i rekreacji w Katowicach, zjazdy są jego domeną, a humor go nie opuszcza.
Jacek – lekarz z Ustronia. „Zasadniczo nie interesuje go ściganie”, ale na maratonach przeważnie stoi na pudle.
Kuba – pomysłodawca wyprawy, student technologii żywności w Krakowie.
13 lipca (w piątek, a jakże!) rozpoczęła się przygoda. Wieczorem w Krakowie z Mateuszem i Tomkiem wsiedliśmy do pośpiecha do Wrocławia, w Katowicach skład uzupełnił się o Jacka, Adama i Mariusza. Mimo wielu plakatów informujących o wagonach rowerowych, ten pociąg takiego nie posiadał. 5 rowerów udało nam się wcisnąć do toalety, szósty pewnie też by się zmieścił. Znaleźliśmy wolny przedział, zapewniający jako taki komfort. Pod toaletą stała oczywiście dwuosobowa warta, prawie jak w harcerstwie.
O 3.00 w nocy wysiedliśmy z pociągu na dworcu we Wrocławiu.
Mając dwie i pół godziny przerwy, najpierw zjedliśmy obrzydliwe fast foody z budek dworcowych, siedząc wśród psich kup na trawniku przed dworcem. O wschodzie słońca zwiedziliśmy, pełną jeszcze dogorywających imprezowiczów, starówkę. Potem jazda rzeczywiście przyjaznym rowerzystom pociągiem do Zgorzelca (gdzieś po drodze dosiadł Alek) i wreszcie staliśmy na peronie u celu podróży, czując powiew Wielkiego Zachodu zza oddalonej o parę kilometrów granicy. Po krótkim śniadaniu i radach taksówkarza („jak chcecie jechać w Bieszczady, to tam, o, na Legnicę do autostrady jedźcie!”) ruszyliśmy do Bogatyni, gdzie zaplanowany był „oficjalny” start.
30 km w przyjemnych 26 stopniach na przyjemnym asfalcie po ciężkiej nocy w pociągu to dla kolarza g ó r s k i e g o naprawdę rozkosz.
W supermarkecie w Bogatynii mieli klimatyzację, wszyscy snuliśmy się miedzy półkami bardziej dla łażenia w chłodzie niż kupowania. Cóż, trzeba było się wziąć w garść.. Stukamy się bidonami: „za wyprawę!!” Przekraczamy granicę i na dobry początek prawie 800 metrów podjazdu na górę (w już 30 stopniach ciepła) o śmiesznie brzmiącej nazwie Smrk (1124m n.p.m). Podjazd był w dużej części wyasfaltowany, spotykaliśmy wielu Czechów na rowerach. Czeszek również.. My, Polacy, nie mogliśmy zrozumieć, jak można pozostawić rower przy drodze w lesie i pójść sobie choćby na jagody, wogóle go nie zabezpieczając. Wygląda na to, że za południową granicą rower sam nie odjeżdża.. Piękny kraj... i te Czeszki na rowerach...
Ze Smrku znów na Polską stronę, zaliczyć jeszcze Stóg Izerski(1107m n.p.m.) i do Chatki Górzystów na nocleg.
Niby chatka studencka, ale wszyscy czuliśmy się jak w schronisku. Niestety picie dużych ilości różnych płynów odbywało się nie tylko na dole ale i w sypialni. Późną nocą jeden imprezowicz tak się „rozchrapał”, że pomogło dopiero przewrócenie go na bok (cmokanie, gwizdanie, szarpanie – bezsilne) Cisza po przewróceniu pana Zgona – bezcenna.
Rankiem dnia drugiego nasza ekipa, trochę wbrew założeniom, postanowiła się rozdzielić. Dwóch z nas było mocno wyczerpanych po dniu poprzednim, dodatkowo źle znosili upał (a prognoza pogody sprawdzona w komórce nie pozostawiała cienia wątpliwości.. cienia..).
Dlatego Jacek i Mariusz postanowili podążać wzdłuż polskiego podnóża Karkonoszy, reszta – trochę poujeżdżać szczyty od strony czeskiej. Więc jadąc wyjątkowo piękną okolicą, wśród pachnących żywicą świerków osiągnęliśmy Jakuszyce. Następnie wykańczająca jazda stokówką w pełnym słońcu, cały czas pod górę – aż zbliżyliśmy się do Szrenicy. Tam okazało się, że na grzbiet karkonoski jechać nam już nie wolno. Trudno, stwierdziliśmy – poprowadzimy. Alek, niby tubylec, bo z najbliższego Sudetom Głogowa, wcześniej zarzekał się, że wolno.. O ile na początku zakaz dał się uzasadnić trudnością szlaku, tyle później prowadząc rower po łagodnie wznoszącej się szutrówce krew nas zalewała! Doszedłszy do granicy (państwa, ale i wściekłości...) pod Łabskim Szczytem (1472m n.p.m.) nie wytrzymaliśmy i dalej śmigaliśmy już na rowerach aż do przełęczy Karkonoskiej. Wspomnieć jeszcze należy piękny lot nad kierownicą, gdy zablokowało mi się koło między głazami, którymi „wybrukowany” był szlak. I.. pęknięte żebro. To jednak nie przeszkadzało, bardziej chyba dała się we znaki „opalenizna” albo „grillizna” wieczorem. Szybki zjazd do Przesieki, Karpacz, Kowary i piękny nocleg pod gwiazdami nieopodal zbiornika wodnego Bukówka. Ugotowana w kociołku na ogniu Pulpa, (czyli ryż, konserwa turystyczna, warzywa z puszki i przecier pomidorowy plus przyprawy, by wzbogacić bukiet tego smakołyku, albo oszukać kubki smakowe..) prysznic w rzeczce i wygodny nocleg wśród traw. Widok na gwiazdy, świerszcze, spokój..(Czego ten robal ode mnie chce?!?) I jeszcze stadko dzików o wschodzie słońca.
Kolejny dzień (trzeci już) zapowiadał przyjemne trzydzieścikilka stopni, dlatego zwarta grupka pełnych optymizmu kolarzy ruszyła już przed ósmą na śniadanie do Lubawki.
Temperatura obniżała morale, śniadanie niewiele je podniosło. Jacek i Mariusz niedaleko przed Sokołowskiem podjęli decyzję o wycofaniu się z wyprawy. Zwłaszcza, że parszywe trzydzieści kilka miało się utrzymać a nawet wzmóc. Więc z małej zdrojowej mieścinki ruszyliśmy już w piątkę. Wprawdzie bardziej zgrani pod względem kondycyjnym, ale szkoda nam było kolegów. W dodatku straciliśmy ewentualny serwis medyczny. Jako organizator czułem trochę porażkę i lęk, że mogą odpaść również inni. Dopiero słowa Tomka, który pierwszy raz był dłużej w górach, podniosły mnie na duchu. Powiedział po prostu: -„będę jechać, dopóki nie padnę!”
Mimo to cały czas trwania eskapady musiałem weryfikować pierwotne zamierzenia dotyczące trasy, bym w Bieszczady nie dojechał samotnie. „Nie o to chodzi! Po to ich szukałem, żeby teraz r a z e m jechać!” Czasem zamiast trudniejszej jazdy grzbietem wybieraliśmy jazdę szlakiem rowerowym biegnącym łagodniej i mniej interwałowo. Również mając do wyboru trasę dłuższą lub krótszą decydowaliśmy się na ten drugi wariant. Dlatego na przykład kotlinę Kłodzką ścięliśmy Górami Sowimi.
Trochę błądząc dotarliśmy do Głuszycy, bo wprawdzie szlaki rowerowe są w terenie, ale nie ma ich na mapie. Do tego, mając mapy czterech różnych wydawnictw we wszelkich skalach - chwilami czuliśmy się zdezorientowani. W Głuszycy krótki postój pod sklepem, napoje i batony - i na grzbiet Gór Sowich. Dzień się kończył, z wieży widokowej na szczycie Kalenicy (964m n.p.m) obejrzeliśmy świetnie widoczne Góry Sowie, Góry Bardzkie, w dali górował Śnieżnik, majaczyła nawet najwyższa góra Sudetów - Śnieżka. A po północnej stronie z równin wyrastała Ślęża. Z tej wysokości nie wyglądała na górę zbyt poważną, choć taka jest dla niejednego rowerzysty.. Kawałek dalej „rozbiliśmy” się na nocleg. Również pod gołym niebem. Adam empirycznie sprawdzał, czy mrówki gryzą, gdy położyć dłoń na mrowisku. Gryzą.. Patriotyzmem przewyższają niejednego powstańca.. Rutynowe czynności zakończyły ten dzień.
Wspomnieć jeszcze należy o dżentelmenie ze sklepu w Sokolcu, który poproszony o napełnienie dwóch bidonów kranówą, odmówił, argumentując: „tu wszystko na liczniki”. My się śmialiśmy, choć to raczej przykre. Ech, legendarna gościnność...
Poranek dnia czwartego przywitał nas mnogością Celsjuszów... Na szczęście do Srebrnej Góry (wciąż w Górach Sowich) jechaliśmy cały czas lasem, więc można było ten piekarnik jakoś znieść. Wiodła nas trochę błotnista, kręta, ale wygodna droga leśna. Jedynie „ludzie lasu” mieli do nas pretensje, że wjeżdżamy w teren „zrywki drzew” (ktoś wie, jak się zrywa drzewa?) Po drodze okazało się, że ten sam szlak rowerowy może na rozwidleniu biec.. i w lewo i w prawo (na mapie nie biegł nigdzie, bo go nie było..)!! Dotychczas myślałem, że szlak niczym kij zawsze ma dwa końce... Tylko nasza intuicja, posiłkowana znajomością kierunków świata, pomogła wybrać dobrą drogę... Drugie śniadanie w Srebrnej Górze i postanawiamy dotrzeć do Barda, nim zamienimy się w skwarki. Poza mną chyba każdy miał już kryzys („niee, nie dojadę, to za daleko”). Cóż, trzeba było pedałować, nie myśleć. Wstyd by było, jakbym to ja odpadł. Złapany w odpowiednim momencie przez Tomka kapeć, zmusił nas do postoju przy brzegu rzeki - Nysy Kłodzkiej. Dziwnie musiało wyglądać jak pięciu rowerzystów wskakuje do wody i pluska się w niej jak dzieci... dętka załatana i jeszcze... 2 kilometry do uroczej mieściny - Barda. Zdążyliśmy się i tak spocić, upalne południe było najwyższą porą na rozpoczęcie sjesty. Dziedziniec kościoła doskonale się do tego nadawał - spokój, cień i błoga cisza. Po kilku godzinach odpoczynku, gdy upał nieco zelżał, „połknęliśmy” Góry Bardzkie. W planie był nocleg w bazie namiotowej obok Jaskini Radochowskiej, w pobliżu Lądka Zdroju. Jak się okazało, po bazie została sama wiata kuchenna. Błąd, nie „upgradowałem” mojej wiedzy o bazach..
Mateusz tego dnia pokrył wnętrze plecaka smarem odpornym na wodę... Szkoda, smar był taki zielony i ładnie pachniał..
Kolejnego dnia chcieliśmy wstać o 5 rano (bo i dzień był piąty), jednak patrząc na zachmurzone niebo podjęliśmy decyzję „śpimy dalej” nie zamieniając nawet słowa. Lało do południa, mocno zacinając do naszej wiaty. Zacieśniały się więzi interpersonalne między nami, bo coraz mniej suchego miejsca można było uświadczyć.. Faceci rzadko się przytulają..
Po deszczu zaczęło się zwrotnikowe piekło – temperatura wzrastała gwałtownie a wilgotność była pewnie maksymalna. Siedzieliśmy w Lądku na ławeczce, nie bardzo chcąc się ruszać. Adamowi udało się nawet złapać „węża” na.. krawężniku. Widocznie taka karma... Cóż, trzeba było dotrzeć gdziekolwiek – spoiliśmy się płynami energetycznymi i znów zawitaliśmy do Czech. Szlak zgubił nam się po raz n-ty, więc trochę prowadzenia rowerów w lesie, przejazd przez miasto o wdzięcznej nazwie „Żulowa” i już tylko asfalt do Głuchołazów - miasta kojarzącego się z XC ( i jeszcze jeden podjazd 200 m w pionie przez pomyłkę nawigatora – ale wybaczyli mi). Wedle mapy miało tam być schronisko młodzieżowe. Niestety jedno „już zamknięte” a drugie (niby świeżo otwarte) „jeszcze nieczynne, jedźcie do Pokrzywnej, tam jest” – powiedziano na odczep. Nie było żadnego, jak się dowiedzieliśmy, więc zmuszeni byliśmy nocować w ośrodku kolonijnym (bo pogoda była niepewna), targując zawzięcie cenę. Do kuchni nas nie wpuszczono, więc jedyną alternatywą na ciepły posiłek była pizza. W pobliskiej biedronce nabyliśmy świeżego ananasa (za jedyne 3 zł). Każdy w plecaku miał też po piwie z Czech. Ciekawe, co pomyślała o nas pani, której mówiliśmy o naszym skromnym budżecie targując cenę, gdy nazajutrz zobaczyła 3 pudełka po pizzy i skórki ananasa? Po wykwintnym posiłku wszyscy prali, ładowali komórki i telefonowali..
Kolejny dzień budził w każdym z nas trwogę. Chcieliśmy za jednym zamachem przeskoczyć równinny obszar w okolicach Ostrawy i nocować już w Beskidzie Żywieckim. Do tego na trasie sam asfalt.. brrr.. Niespokojny, pięciogodzinny sen.
Dzień szósty. Pobudka 4.00, wyjazd koło 5.30. Wreszcie chłodno. 30 km do Prudnika, dalej już przez Opawę i Ostrawę. Po drodze jeszcze trochę deszczu – pożałowaliśmy naszych przekleństw na jego temat, gdy „wylampiło” i pod hipermarketami na przedmieściach Ostrawy zmuszeni byliśmy do sjesty. Powietrze znów było równikowe. Przechodnie z pełnymi siatami i wypchanymi po brzegi sklepowymi wózkami dziwnie patrzyli na śpiących w cieniu bezokiennego molocha rowerzystów. Taki czeski sen.. Drugie tego dnia 100 km okazało się znacznie trudniejsze. Mimo, że wspomagaliśmy się hektolitrami napojów energetycznych, szło jak po grudzie. Tiry, upał, zmęczenie i to siodełko wbijające się w..
Tego dnia najmniej szczęśliwym był Mateusz – bo szosowcem nie jest (wręcz przeciwnie) przez wzrost, ustawienie kierownicy i upodobania. Dlatego chował się za Niziołkami, cały czas walcząc ze sobą, by utrzymać to 30 km/h. Gdy jednak dojeżdżając do Opawy, czwórka z nas ruszyła sprintem w cieniu autobusu (trudno odmówić sobie takiej przyjemności – 60 kmh po płaskim) - usłyszeliśmy tylko z tyłu zrezygnowane „no nieeee!!”
Na sam koniec dnia czekała nas jeszcze nie lada atrakcja – droga biegnącą przez beskidzkie wsie Istebną i Koniaków. Pierwotnie mieliśmy spać w bazie namiotowej na Przysłopie Potóckim (tzw. Worek Raczański), jednak wybraliśmy opcję łatwiejszą – nocleg w domku letniskowym rodziny Adama w Węgierskiej Górce. Adam, który miał być naszym przewodnikiem na ostatnich 10 kilometrach, nie wybrał najkrótszej drogi. „Przecież nie mówiliście, że chcecie szybko dojechać”- rzucił pytany, czemu poruszamy się takim zygzakiem. Nikt nie miał siły wdawać się w dyskusje, zwłaszcza, że poznaliśmy się już na jego poczuciu humoru. Gps Alka pokazał 203 kilometry. Zdychaliśmy. Ale jak bardzo może smakować zwykła zupa jarzynowa – to wie tylko nasza piątka.
Ambitne plany wczesnego wyjazdu spełzły na niczym, gdy wciąż zmęczeni obudziliśmy się o siódmej. Jeszcze chwiiilkę.. Tak więc dnia siódmego wyruszyliśmy dopiero koło dziesiątej. Założenie: wyjazd na Przegibek i dojechanie szlakiem granicznym na Pilsko. Może i wykonalne, ale nie o tej porze i nie przy takim zmęczeniu.. Do tego zaliczyłem jeszcze jedną glebę, orając ciałem kawałek lasu. Żebro dało znać o sobie znacznie mocniej. Po zdobyciu hali Rycerzowej okazało się, że nie zdążymy na Pilsko przed zmrokiem. Z podkulonymi ogonami zjechaliśmy na dół i już haniebnie asfaltem przez Węgierską Górkę i Sopotnię do chatki studenckiej „na Adamach” (nieopodal Jałowca i miasta Sucha Beskidzka). Temperatura nie była łaskawa. 13- kilometrowy, łagodny podjazd asfaltem zrobił z nas strzępy ludzi. Znamienna była krótka wymiana słów z panią w sklepie: -„gdzie jedziecie?” -„w Bieszczady” -„Chce wam sięęę?!?” Mieliśmy wątpliwości. Zrobiliśmy idiotyczne 100 kilometrów, a nasza trasa na gpsie wyglądała jak balonik na długim sznurku. Całe szczęście, ze następny dzień był zaplanowany na odpoczynek, więc zasypialiśmy spokojniej.
Dwoje z nas spotkało się w chatce ze swoimi dziewczynami. Dlatego Adam i niżej podpisany przez jeden dzień byli pantoflarzami a nie Groźnymi Rowerzystami. Reszta skoczyła na domowy obiadek do mieszkającego niedaleko Mateusza. Choć.. Może to tylko głód internetu..
Dzień dziewiąty zapowiadał się ciepło i słonecznie.. „Cholera!!” – to jedno z łagodniejszych słów cisnących się na usta. Wstaliśmy o 5. Grupka na jeden dzień powiększyła się o niedoszłego uczestnika – Marcina, który za chlebem podążając, nie mógł brać udziału w naszej wyprawie. Wspomniane wcześniej dwa „kapcie” (i nie mam na myśli przedziurawionych dętek...) trochę opóźniły wyjazd, więc na Jałowiec (1111m n.p.m.) ruszyliśmy dopiero o siódmej (Czuło się bliskość najwyższego szczytu całych Beskidów – Babiej Góry, przez którą jednak nie miała biec nasza trasa - park narodowy, zakaz jazdy rowerem...). Zjazd do Zawoji, wyjazd na przeł. Krowiarki (asfalt już lepił się do opon), drugie śniadanko i jazda grzbietem przedłużającego Babią Górę pasma Policy (1368m n.p.m.) aż do Jordanowa. Najpierw jest wyjątkowo technicznie i kamieniście, potem „dominuje” błoto we wszelkich odmianach. Mateusz (ten cierpiący na szosie) znajduje roztrzaskaną muchę na okularach. Albo miękka mucha, albo zbyt zjazdowy rower.. Trzeba będzie mu mostek obrócić!
Same brzydkie słowa cisną się na usta, gdy mówić o gospodarce leśnej w Beskidzie Żywieckim. Bałagan, szlaki zmasakrowane przez ciężki sprzęt, gałęzie po wycince porzucone na szlaku. Stokówki robione buldożerem, po deszczu zamieniające się w bagno. Po tym, jak jechaliśmy leśnymi drogami Dolnego Śląska (budowanymi jeszcze przez Niemców) – na tych czuliśmy się bardziej jak w Azji a nie w Unii.
Z Jordanowa do Rabki biegnie niby asfalt.. Ale można go uznać za teren. Autor zna wygodniejsze szutrówki. W miasteczku zdrojowym chwila odpoczynku i wjeżdżamy w Gorce, mając w planie dojazd na Gorc i nocleg w tamtejszej bazie studenckiej. Robi się już ciemno. Śpimy więc pod Turbaczem koło częściowo zawalonej szopy pasterskiej. 10 minutowy deszczyk wpędza nas pod ocalałą część zadaszenia, gdzie gnieciemy się do rana (właziło się przez dach, więc już nikt nie chciał wracać). Reszta nocy bezchmurna. Znów nie udało mi się zasnąć przed Tomkiem – jego chrapanie wystawia na próbę moją tolerancyjność.
Dzień dziesiąty zapowiadał się.. cholerne ocieplenie klimatu!!
„Mocna” kawa w schronisku na Turbaczu (1310m n.p.m) za 4 zł ( smak kawy wyczuwałem tylko dzięki wyobraźni) stawia mnie na nogi. Super przyjemna jazda, w cieniu potężnych świerków, grzbietem na Gorc (1228m n.p.m), takiż sam zjazd do Ochotnicy i niebawem Krościenko. Odpoczynek.. ( a nawet drzemka, z której wyrywa mnie dopiero procesja pogrzebowa) Im dłuższy postój, tym bardziej nam się nie chciało! W planie było należące już do Beskidu Sądeckiego pasmo Radziejowej, lecz do bazy namiotowej pod Wysoką (szczyt sąsiadujących ze wspomnianym Beskidem Małych Pienin) dojechaliśmy bezwstydnie dołem. Na szczęście możemy obwinić sytuacje meteo. Kogoś lub coś winić przecież trzeba...
Nocleg w przyjaznej bazie namiotowej „pod Wysoką”. Żelazny punkt wieczoru – pulpa i żentyca z bidonu (trudno było potem wygonić jej zapach) od górala z Jaworek. Było nawet piwo, choć nie zasłużyliśmy.
Dzień dziesiąty nie zapowiadał rozpadu Bractwa Obręczy. Znamię luksusu przy śniadaniu – kawa 3 w 1. To zadziwiające, że taka prosta rzecz może tak smakować!
Zjazd do Jaworek (w końcu i Mateusz złapał kapcia), wyjazd na Obidzę(znów targujemy cenę wstępu do rez. Białej Wody. 7.51.70zl), potem Wielki Rogacz (1182m .n.p.m). Za naszymi plecami Gorce i Małe Pieniny, przed nami dalsza część Beskidu Sądeckiego - pasmo Jaworzyny Krynickiej. Zbliżamy się do Niemcowej - zjazd fantastyczny! Jednak za drzewem czycha duża kałuża błotna. Krzyczę, aby reszta zwolniła... hamują, objeżdżają.. Ostatni Adam nie daje rady. Przednie koło zatapia się w błocie, Adam leeeć! Może i byłoby zabawne, ale Adam przemiótł sobą 6 metrów szlaku. Gdy się podnosi, widzimy, że przedramię ma głęboko rozcięte i to na dużej powierzchni, krew się leje.. Krzyczę do Alka, by natychmiast wyciągał bandaże. Ktoś podaje wodę, przemywamy szybko ranę, potem opatrunek.. uff.. okazuje się, że krwi nie tak wiele, tętnice całe. Jednak już wszyscy wiemy - Adam dalej nie pojedzie. Rana kwalifikuje się do zszycia. Do najbliższego asfaltu, gdzie może dojechać karetka, ponad pół godziny piechotą. Telefonicznie prosimy o pomoc GOPR, po 15 minutach przyjeżdża na quadzie sympatyczny ratownik. Adam z ręka podniesioną, jak Statua Wolności, jeszcze gdzieś dzwoni, strasząc rodzinę. Po chwili zapakunek rannego na przyczepkę, pożegnanie, parę zdjęć. Tu należą się słowa podziękowania i pełnego uznania dla GOPRu z Piwnicznej za tak sprawną akcje i bezproblemowość. Po naszym kompanie zostaje rower – parę uszkodzeń (zniszczona przerzutka xt z ‘93 – ból straszny..), choć nie jest źle. Dzielimy go na części. Ramę i koła przypinamy do plecaków i zjazd na dół. Na stacji w Piwnicznej Alek z rowerem swoim i „Rozprutego” wsiada w pociąg do Gorlic. Dojedzie do nas jutro. Morale spadło znacznie, dusza towarzystwa już z nami nie pojedzie, choć do końca tak niedaleko.. Cóż, taki jest sport. Podjazd przez Łomnicę Zdrój na Halę Łabowską zamienia się w wykańczające niesienie roweru. Po drodze niebo przesypuje nas jeszcze gradem. Mijamy opuszczone bacówki, z których bacowie już dawno zeszli w doliny.. Dowiadujemy się, że Kaskaderowi powyciągano z łapy gałązki, igliwie, ziemię, zeszyto i wypuszczono ze szpitala w Nowym Sączu. Już jedzie do domu. Ulga...
Szlak na Jaworzynę jest bardzo sympatyczny. Wolimy jednak nie wyobrażać sobie, jak ta gruntowa autostrada wygląda po dłuższym deszczu. Szczyt Jaworzyny Krynickiej (1114m n.p.m) wylany betonem, stacja kolejki gondolowej, budki z hot-dogami. Trochę jak na warszawskim dworcu centralnym. Szybko ewakuujemy się do Złockiego i tam śpimy w bazie namiotowej. Tym razem wieczorne menu, prócz celów utylitarnych, służyć ma podniesieniu nastrojów. Jajecznica z 20 jaj jest strzałem w dziesiątkę!
Ranek dnia 11.. Pochmurny!!! Jest nawet chłodno. Przemykamy w kierunku Beskidu Niskiego, przez Muszynę, Tylicz, Izby, w Hańczowej ponownie spotykamy się z Alkiem.. Zwiedzamy cerkiew pw. Opieki Bogarodzicy z XIX w. i dalej suniemy na wschód. Mijamy opuszczone łemkowskie chaty, w których wciąż zdają sie mieszkać duchy właścicieli.. Nie atakujemy szczytów, bo rowery trzeba by było dźwigać na barkach, a szlaki i tak są strasznie błotniste (jak to w Niskim). Niebo jest ołowiane, przytłacza niskością chmur. Deszcz, nawet całkiem mocny, powoduje, że chowamy się w bazie namiotowej w Radocynie. Później oczywiście wychodzi słońce i pogoda wraca do normy. Pulpa broni się przed oscypkiem i bundzem od górala z Czarnej jedynie swoją wartością energetyczną. Ach, ten wspaniały tłuszczyk z konserwy turystycznej!
Dzień 12, przedostatni. Pogoda wróciła w całej swej temperaturowej okazałości.. Do Tylawy docieramy szutrówkami pokonując tętniące niegdyś życiem doliny, w których teraz pozostały jedynie kamienne krzyże, ślady podmurówek i cmentarze wojenne. W Beskidzie Niskim czuć ból wypędzonych, czuć ból pierwszej wojny.. Magurski Park Narodowy musimy objechać, bo „szlak został zlikwidowany, by nie niepokoić niedźwiedzia w ostoi” – mówi nam strażnik. Po chwili mija nas rozpędzony traktor.. Misiowi widocznie przeszkadzają jedynie rozwrzeszczani turyści.. Zawracamy. Dalej sensowny jest tylko asfalt. Na północ od drogi do Komańczy prowadzi szlak czerwony, który przypomina dżunglę amazońską. Na południe mamy szlak graniczny. Co sprawia, że hałaśliwi i niepatrzący pod nogi turyści zamieniają się na nich w idących gęsiego i zygzakiem szpiegów mówiących półgłosem? Tego nie wiem. Dlatego ten właśnie wariant się nie nadaje (jak większość granicznych w Polsce). Na szczęście nasze pokolenie nie czuje się już podejrzane, gdy jest w tej strefie. Może i te szlaki się poprawią?
Do Komańczy turlamy się z mozołem. Tam znów wodopój energetyczny, pełni kofeiny witamy legendarne Bieszczady. Na Chryszczatą (997m n.p.m) wjeżdżamy sprawnie. Tu jednak łapiemy największa porcję błota z całej wyprawy. Od przełęczy Żebrak do Cisnej szacujemy jakąś godzinę.
„Tutaj, w tym paśmie, kolejne szczyty za Wołosaniem (1071m n.p.m) coraz niżej, będzie już w dół aż do Cisnej. Luzik!” miał powiedzieć autor patrząc na mapę około godziny 18.00. Potem gorzko swych słów żałował. Pasmo to.. jest czystą formą interwału. Trasa znakomita do zarżnięcia kilku rowerzystów (albo i całej hordy na maratonie). Horror! Ile razy jeszcze będzie ten p.... podjazd ? Tak, gdybym przyjrzał się mapie, ujrzałbym wzdłuż grzbietu stado utworzonych z warstwic kółeczek.. Przed 21 docieramy do sklepu w Cisnej. Zrobiło się lodowato, jesteśmy wykończeni. Uzupełniamy płyny, robimy zakupy. Jeszcze „tylko” 15 kilometrów do bazy namiotowej Łopienka.. Na szczęście w większości łagodnie w dół. Na miejscu przyjmują nas średnio. Atmosfera daleka od przyjaznej górsko-studenckiej. Do tego okazuje się, ze do pulpy brakuje nam.. ryżu!! No cóż - pośpiech, zmęczenie. Skończyło się na zupkach chińskich i paru kanapkach.
Ostatniego dnia nikt z nas nie chciał zostawać tam zbyt długo. Po przebiciu się przez bazową biurokrację ruszyliśmy w kierunku Soliny. Po wczorajszych 128 kilometrach darowaliśmy sobie dojazd do Ustrzyk Dolnych przez Żukową. Kończyły się pieniądze, byliśmy zmęczeni, a stamtąd i tak musieli byśmy jechać do Zagórza na pociąg. Było gorąco, więc wystarczył nam skrócony dojazd do Zagórza. I zdążyliśmy się porządnie spocić. Po obiedzie wsiadamy do pociągu. Rowery ładują w przedziale, zasłużyły na to. Alek i Tomek wysiadają w Gorlicach, my jedziemy do Krakowa, stamtąd jeszcze pod Suchą Beskidzką.
Początkowo zakładałem jazdę prawie tylko górami, omijanie za wszelką cenę asfaltów. Jednak w grupie okazało się, że nie wszyscy mają tyle sił. Każdego dnia kogoś dopadał kryzys i do niego trzeba było dostosowywać tempo. Nie zaliczyliśmy wszystkich grzbietów, które byśmy mogli. Nikt jednak tego od nas nie wymagał. Trzeba było iść na kompromis. Mimo to mogę śmiało powiedzieć, że cel został osiągnięty.
Pomysł sponsoringu porzuciłem, gdy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę możliwości ludzi poznam na wyprawie. Znaliśmy się jedynie z internetu. Sponsor mógłby wymagać od nas czegoś konkretnego. Byłoby to stresujące. Trasę planowaliśmy na bieżąco - wpływ miała na to pogoda, samopoczucie zespołu i lokalizacja miejsc noclegowych. Głównym wrogiem była temperatura, zmęczenie i.. siodełka. Jechaliśmy z 30-40 litrowymi plecakami, ważącymi około 8kg. Piszący te słowa wiózł kociołek, w którym wspólnie na ogniu gotowaliśmy pulpę i herbatę. Do pełnej niezależności brakowało nam tylko namiotu (a raczej samego tropiku i masztów) i o 2 kilo lżejszych tobołów, bo taki ładunek nie utrudnia już prawie w ogóle jazdy. Tak, kręcenie z 30 litrowym plecakiem po górach jest męczące. Jednak jest najlepszym wyjściem, jeśli chce się również jeździć szlakami turystycznymi. Pamiętać trzeba tylko o odpowiednim dopasowaniu stelaża do zgarbionych pleców.
“South Polish Mountain Challenge jest wyzwaniem. Jest przygodą. Jest próbą sił i charakteru. Jest wreszcie próbą pokazania, że rower jest alternatywą dla turysty pieszego i sposobem na górską, wielodniową przygodę dla rowerzysty
Chcemy pokonać tak długi dystans pokazując, że rowerem można jeździć po górach z plecakiem. I wcale nie trzeba zjeżdżać wieczorem na dół, jeść w restauracji. Chcemy zaliczyć niemal całe polskie góry położone na południu, za jednym zamachem, bez wsparcia z zewnątrz.”
To cytat ze strony, który miał charakteryzować naszą przyszłą wyprawę. Udało się!! Jesteśmy „skołowanymi” turystami! Nie tracąc przyjemności z jazdy po górach na rowerze, pokonujemy szlaki turystyczne, śpimy na dziko. Słowem – bierzemy z MTB i turystyki górskiej to, co nas najbardziej kręci i łączymy w jedno. Udowodniliśmy, że można rower górski traktować i górsko i turystycznie zarazem.
Nasza wyprawa w liczbach:
Dystans: 1215 kilometrów
Suma podjazdów w pionie: 13800 metrów
Czas spędzony na siodełku: 79 godzin.
Usterki: 21 kapci, 3 pęknięte szprychy,
Inne: około 200 ml smaru rowerowego.
Czas: 13 dni jazdy + jeden odpoczynku,
Koszt: średnio 400 zł za osobę.
Dystans średni:: 93 km dziennie,
maksymalny 203 km,
minimalny 62 km.
Kuba Siudut
|
|
 |