 |
 |
 |
Carpatian Mountain Challenge – czyli o wyprawie łukiem Karpat Edycja CMC 2008
Zdjęcia z wyprawy znajdują się tutaj.
Niestety. Pół roku, gdy w Polsce w środku dnia mamy popołudnie. Jest mokro, zimno i ciemno. Dużo czasu by przypominać sobie nasze wyprawy i odkrywać ich nowe oblicza.
Tak, chętnie pchałbym teraz stromo w górę rower, w 30 stopniowym upale, z pasją oganiając się przez chmarą natrętnych much. Chciałbym po raz kolejny wybrać złą drogę, zaliczyć bolesny upadek czy być nieludzko zmęczonym po całym dniu kręcenia na rowerze. Dniu, u którego kresu marzył mi się kubek ciepłej herbaty i wygodne łóżko, które mam teraz pod ręką. I chociaż mam świadomość, że trzeba cieszyć się tym, co aktualnie mamy, to ludzka natura zawsze bierze górę. Dobrze że pada, przypomnę sobie więcej dobrych rzeczy, jakie zdarzyły się na naszej wyprawie.
Nasz projekt nosi nazwę CMC – Carpathian Mountain Challenge i jest rozwinięciem zeszłorocznej wyprawy South Polish Mountain Challenge - SPMC, podczas której pokonaliśmy rowerami polskie góry od granicy niemieckiej po. Dobrze dobrany zespół i wzrastający apetyt na epickie wyprawy stał się podstawą naszego projektu – przejechania bez zewnętrznego wsparcia całego łańcucha Karpat na rowerach.
W tym roku nie mieliśmy założonego punktu, do którego chcemy dotrzeć a jedynie ramy czasowe. Ekipa powiększyła się o dwie osoby – dołączył Adrian i Wiesiek
Do Zagórza, gdzie skończyliśmy SPMC, zawiózł nas pociąg. Stamtąd asfaltowy spacer do Ustrzyk Dolnych i nocleg w schronisku młodzieżowym. Wczesnym rankiem internacjonalny pociąg „przemytnik” zawiózł nas na granicę. Celnicy nie omieszkali nam pokazać, kto tu rządzi, na szczęście jednak nie zajęło to długo. Gdy pociąg opuszczał przejście, wszyscy poza nami zaczęli gorączkowe przygotowania do „załadunku”: odkręcanie półek, odkręcanie siedzeń, odkręcanie wszystkiego. Pociąg dojeżdżał do stacji Chirów a „turyści” stali już przy drzwiach niczym w blokach startowych. Po zatrzymaniu wszyscy (łącznie z siedemdziesięciolatkami) ruszyli do sklepiku sprintem godnym Morrisa Greena, by zakupić papierosy, jak najszybciej wrócić do wagonu i poupychać je w każdym możliwym zakamarku na czas drogi powrotnej przez granicę.
My zakupiliśmy drugie śniadanie, wymieniliśmy waluty i ruszyliśmy asfaltem w kierunku Użoka. Po drodze mijały nas głównie łady lub Ziły, pozdrawiając nas klaksonem. Co jakiś czas przemykał samochód który i w Polsce jest uznawany za luksusowy. Słońce prażyło, wiał wiatr, jazda zdawała się lekka i przyjemna. Dopiero pod wieczór poczuliśmy jak nas spiekło i wysuszyło.
Od public relations był Alek, płynnie mówiący po ukraińsku. Dzięki temu dowiadywaliśmy się gdzie we wsiach są sklepy (często tak zakamuflowane że tylko pytanie tubylców pozwalało je znaleźć), ścieżki na grzbiety lub droga tam, gdzie chcemy jechać.. W napotkanym po drodze superubogim sklepiku kupiliśmy… paluszki krabowe! Cała Ukraina żywi się produktami Morza Czarnego więc takie paluszki nie były niczym nadzwyczajnym.
Tak więc wieczorna pulpa miała bardzo ekskluzywną wkładkę. Spaliśmy koło serpentyn prowadzących do Użoka. Wcześniej trzeba było przejechać przez rodzaj przejścia granicznego na przełęczy. Żołnierze sprawdzali nam paszporty, oczywiście krzywo na nas patrząc. Zakarpacie to region który nie czuje się szczególnie związany z Ukrainą, więc państwo narzuca mu tożsamość trochę siłą.
Dostanie się na pierwszą połoninę okazało się być wcale niełatwe. Trafiliśmy na drogę, która szybko zniknęła pod dziesiątkami zwalonych drzew, trzeba było ruszyć stromo w górę przez las pełen kłód i krzaków malin, niosąc rower na plecach. Dźwięk krowiego dzwonka w środku lasu wzbudził nadzieje, że to koniec udręki. Okazało się jednak, że to krowa nie widziała nic dziwnego w samotnym spacerze po lesie. Na szczęście jednak las zaczął się przerzedzać, pojawiły się małe polanki.. W końcu wyszliśmy ponad granicę lasu. Przed oczami rozpostarła się połonina ciągnąca się po horyzont. Uczucie ogromnej przestrzeni było wszechogarniające, tylko jechać.. Połonina Pikuja w większości pokryta jest borówkami, grzbietem wiedzie ścieżka wygodna dla jednego, szczupłego pieszego. Jazda krętym rowkiem okazała się trudna, co więcej każdy skręt opóźniał nam 10kg garb na plecach. Chwila dekoncentracji i uderzało się korbą w ziemię. W praktyce sporo prowadziliśmy, bo ścieżka była miejscami zbyt wąska i naszpikowana kamieniami. Wypogodziło się, więc mogliśmy cieszyć się widokami – za plecami widoczne były Polskie Bieszczady, na prawo połonina równa a przed nami majaczyła Borżawa. Spotkanie z pasterzami jeżdżącymi na oklep którzy zbliżali się do nas galopem na rżących koniach wyrwało mnie z małej drzemki, którą właśnie ucinałem na krótkim postoju. Kilka słów i rozjechaliśmy się w swoje strony. Pikuj 1402m zdobyty pod wieczór. Znalezienie odpowiedniego szlaku do zjazdu okazało się trudne, zdaliśmy się na intuicję, bo przedwojenne mapy zawiodły. Dzień się kończył a nie mieliśmy ani jedzenia ani wody do noclegu na górze. Nie obyło się bez „chaszczowania” przez paprocie wielkości tych które pewnie i dinozaury podziwiały. W końcu trafiliśmy na szlak żółty który sprowadził nas do wioski ścieżką równie wąska jak grzbietowa. Na szczęście zjechaliśmy dokładnie tam gdzie trzeba. Zakupy dokonane w sklepie mieszczącym się w ganku drewnianego domu. Właściciel domu opowiadał nam że nie czuje się Ukraińcem i wolałby albo do Czech albo do Rosji. „Jajca” i szczypior na rano, wieczorem znów pulpa. Mimo, że spaliśmy pod samymi tropikami, całonocna burza nie wyrządziła nam najmniejszej szkody. Do Wołowca dotarliśmy asfaltem, częściowo nawet międzynarodową droga szybkiego ruchu. Melancholijne krowy z pełnym spokojem przełażące przez drogę dosłownie metry przez rozpędzonym tirem można zobaczyć chyba tylko na Ukrainie. W Wołowcu zakupy - między innymi chałwa, która kosztuje grosze a jest chyba najlepszym źródłem energii. Nocleg na połoninie Borżawa wymaga od nas pokonania jeszcze tylko kilometra… w pionie. Panowie z obsługi stacji radiowej już na połoninie proponują nam odpłatne noclegi. W cenie tradycyjne całonocne picie wódki. Wybieramy świeże powietrze, zdobywamy więc Hrad (połonina Borżawa) i rozbijamy namioty na grzbiecie. Jesteśmy absolutnie sami, w powietrzu czuć jakiś niepokój. Wychodzi księżyc, jednak szybko przysłaniają go ponure chmury. Wiatr szarpie namiotami, zaczyna się ulewa. W drugim namiocie chłopaki trzymają namiot na zmiany by nie odleciał. Nasz, z fartuchami przyłożonymi kołami rowerowymi, dzielnie stawia opór wichurze, jednak wilgoć od środka namiotu co chwila spada na nasze twarze, wyrywając z niespokojnego snu.
Poranek mglisty i chłodny. Mamy jedynie zupki chińskie, które pałaszujemy na sucho, bo do wody daleko. Jazda jest nieco bardziej komfortowa niż na Pikuja, bo ścieżka ma już szerokość pieszego, ale amerykańskiego z Trio z Belleville. Gonią nas przelotne deszcze, które udaje nam się jakoś omijać, jednak widok z grzbietu nie pozostawia złudzeń że wkrótce wodnik nas dopadnie. Co gorsza mała ilość wody w naszych bidonach szybko znika a puchnące w żołądkach makarony domagają się dużo więcej. Niechętnie podejmujemy w decyzję, by zejść kawałek z grzbietu po wodę. Spacer kosztuje nas prawie godzinę czasu – woda jest dużo niżej niż nam się wydawało. Czekających na grzbiecie obsiadają roje motylków – są tak beztroskie że trudno je odgonić, przez co jeszcze wieczorem znajdujemy je w plecakach. W końcu długi zjazd do Riczki. Temperatura wzrasta z każdym pokonanym w dół metrem, więc na dole wracamy do krótkich koszulek. Drugie śniadanie nabywamy w sklepie, gdzie zakupy robi młodzież z grającymi heavymetal komórkami a pani podlicza ceny produktów na liczydle, jakie znamy z przedszkola. Pogoda zdaje się być coraz mniej tolerancyjna dla naszego lenistwa pod sklepem, ruszamy wiec w pośpiechu. Niestety parę kilometrów dalej, jadąc doliną, dopada nas oberwanie chmury. Jesteśmy przemoczeni, temperatura gwałtownie spada. Po kilkunastu km w Mezgorje zapada decyzja o noclegu w hoteliku, bo robi się późno a deszcze nie ustępuje. W pokojach spadek po socjalizmie widać na każdym kroku. W dołączonej łazience kran obsługuje jednocześnie umywalkę i kabinę prysznicową. Nic to, ważne że sucho i ciepło. Obiadek jemy w „restauracji” – ryby (jak się później okazuje) odgrzewane w mikrofalówce. Nic to, ważne że sycące..
Kolejny dzień od rana straszył przelotnymi deszczami, droga którą mieliśmy pokonać do podnóża połoniny Krasnej upłynęła nam na zabawie w berka z ulewami. Azylem były knajpki gdzie z braku lepszego zajęcia raczyliśmy się lokalnymi alkoholami przegryzając suszonymi rybami. Popołudnie przyniosło rozpogodzenie, my mogliśmy wreszcie przymierzyć się do ataku na połoninę. Wieś Kołoczawa założona przez zbuntowanych polskich chłopów wyróżnia się świeżo wyremontowaną cerkwią i kościołem koło niej. Nie wyróżnia się natomiast brakiem utwardzonej drogi i powszechnym rozgardiaszem tam panującym. Wzbudzamy spore zainteresowanie, kilku chłopców pokazuje nam drogę na połoninę, jednak moją próbę zrobienia im zdjęć kwitują lecącymi w moją stronę kamieniami. Długi i żmudny podjazd na grzbiet najpierw przez las, potem pastwiska, podczas którego wpierw zlewamy się potem by u końca zawijać się z zimna w kurtki. Sam grzbiet okazuje się zupełnie zaskakujący. Spodziewamy się ścieżki, wita nas droga szerokości autostrady. Jak się chwilę później okazuje – to trasa gazociągu, dla budowy którego „przycięto” grzbiet. Ukraińska fantazja widocznie nie pozwoliła poprowadzić go dołem. Nasz nocleg ma miejsce 150m poniżej grzbietu, gdzie zjeżdżamy po superstromych borówkach. W zasadzie mogliśmy rozpalić ognisko od naszych tarczówek. Robi się coraz zimniej, właściciele cieńszych śpiworów owijają się folią NRC na noc. Termometr w liczniku wskazał 2 stopnie.
Poranny powrót na grzbiet po tych samych grząskich krzaczkach borówek w piekącym słońcu przyprawił większość z nas o myśli samobójcze. Pocieszający był jednak widok półdzikich koni na grzbiecie i perspektywa dość wygodnej drogi kilka metrów ponad mknącym (pewnie również do Polski) węglowodorem. Droga wprawdzie nie była najwygodniejsza, jednak ścieżka którą tam kiedyś prowadziła była z pewnością dużo mniej komfortowa. Jazda grzbietem zakończyła się równie ostro jak wjazd na niego, więc zjazd miał 1000m przewyższenia na ledwie sześciu kilometrach. Zwierzęcą wprost radość na koniec psuje patyk urywający mi hak przerzutki. Byliśmy już w Uść Czornej, więc udało się nabyć pilnik w sklepie „szwarc mydło powidło” i dopasować zapasowy hak Wieśka. Na dole było bardzo ciepło a zmęczenie odczuwaliśmy już wyraźnie, dlatego spędziliśmy we wsi dobre 3 godziny popijając kolejne kawy i obserwując pędzące ZIŁy wyładowane kłodami drewna. Nie byliśmy jedyni w tym zajęciu bo było to w zasadzie jedyne bardziej absorbujące zjawisko we wsi. Pod wieczór dotoczyliśmy się w głąb doliny nocując koło sezonowych domków z drewna. We wsi na dole nikt nie wiedział jak dotrzeć na grzbiet Świdowca, plany na następny dzień były zgoła przełajowe. Kilku z nas czuło pewne kłopoty żołądkowe, dlatego przed samym snem zażyliśmy „lekarstwa” jakie zażywają chyba wszyscy Zakarpatianie ( a kosztuje tam grosze). Rano jedynym wciąż odczuwającym te problemy był Adrian, który odmówił przyjęcia „lekarstwa” (więc działa!). Uznał jednak że może jechać dalej, tym bardziej że musiał się dostać do linii kolejowej za tym pasmem, by wrócić do domu. Słońce grzało niemiłosiernie, pchaliśmy rowery pod górę najpierw drogą prowadzącą do malutkiego monastyru głęboko w lesie, potem zupełnie na przełaj. I znów krowy w lesie, tym razem wypasane przez dwójkę dzieci które zaprowadziły nas na grzbiet. Ujrzeliśmy wygodną terenową drogę ciągnącą się przez całą połoninę… skądś z dołu musiała prowadzić, podczas gdy my chwilami nieśliśmy rowery! Adrian czuł się słabo. Zatrzymaliśmy jadący samochód terenowy, by podwieźli Adriana na szczyt, z którego jest już zjazd na przełęcz a potem do Jasinii (i linii kolejowej). Nie obyło się bez wódki i obowiązkowego toastu. Niestety Ukraińcy nie do końca zrozumieli nasze intencje (toast z nami nie był pewnie pierwszym) i wysadzili chorego sporo za wcześnie. Dalsza jazda była dla Adriana męczarnią, której w końcu organizm mu odmówił. Nie dotarliśmy do przełęczy a nasz kompan miał potworne skurcze żołądka uniemożliwiające jazdę. Ludzie jadący terenówkami w kierunku polodowcowych jeziorek odmówili pomocy spiesząc na całonocną imprezę. Jak wszędzie na Ukrainie, doskonały zasięg miały nasze telefony, jednak 112 to biuro numerów, połączenia na numery pogotowia czy policji nie były odbierane a ambasada RP witała nas automatyczną sekretarką informując że pracują do 17. Znalezione w przewodniku numery ukraińskiego GOPR nie były nawet aktywne a sympatyczna pani z firmy ubezpieczeniowej gdzie Adrian wykupił polisę powiedziała że takimi rzeczami to się nie zajmują. Byliśmy w kropce, bo Adrian czuł się bardzo źle. W końcu z ostatniego przejeżdżającego samochodu zdobyliśmy numer do jakiegoś lokalnego GOPR, który zgodził się nam pomóc. Po zmroku gdzieś daleko na połoninie usłyszeliśmy dźwięk silnika. W oddali pojawił się snop światła jak z filmów o UFO. Na nasze mruganie latarką usłyszeliśmy klakson.. Tak tubalny, że w Rumunii pewnie też go usłyszeli.
Po kilkunastu minutach dojechał do nas pojazd, będący jeszcze bardziej ”uterenowioną” wersją ZIŁa, jednak w wersji typu bus. Wysiadło z niego trzech panów, ich kierownik był pierwszym konkretnym i trzeźwym człowiekiem z którym rozmawialiśmy tego dnia. Rowery trafiły do kosza na zewnątrz, my do środka. Kierowca prowadził tego kilkutonowego potwora ciemną, krętą i wertepiastą drogą rozmawiając przez telefon. Dwukrotnie zatrzymał się też na toast z ludźmi imprezującymi na skraju drogi. Widocznie kierowcy też potrzebują biopaliwa by jeździć na takich drogach. Wróciliśmy do Uść Czornej, gdzie Adrian trafił do szpitala stając się jedynym pacjentem, a my spędziliśmy noc nieopodal w namiotach. Fantazja władz socjalistycznych pozwoliła im postawić 3 piętrowy szpital w kilkuset domowej wiosce oraz „turbazę” czyli obiekt turystyczno wypoczynkowy na pięter 5. Teraz stoją i niszczeją. Mając osłabionego ale już zdrowego kompana w składzie zdecydowaliśmy się na wspólny powrót do kraju przez Rachov i Lwów.
Gdy myślę o wyprawie i o tym regionie – zastanawiam się jak może funkcjonować naród który przez większość czasu jest pijany. Jak coś może udawać się w tym rozgardiaszu? Mijały nas zupełnie luksusowe samochody jadące po drogach gdzie asfalt był tylko teorią a ludzie w rzece koło niej prali swoje rzeczy. Domy kryte strzechą z anteną satelitarną. Chłopiec wypasający konie na połoninie korzysta z wszechobecnej sieci GSM. Wszystko nie pasuje do siebie, jest groteskowe lub niezrozumiałe. A jednak chce się tam wracać, ujrzeć te ogromne przestrzenie czy posłuchać śpiewnie mówiących ludzi. Pociąga mnie ten trochę tandetny klimat ukraińskich wiosek i poczucie wszechogarniającej prowizorki. Spuścizna związku radzieckiego widoczna jest wszędzie jednak jakoś.. pasuje. Nie obowiązuje nas zakaz noclegu tu czy tam, palenia ognisk czy wjeżdżania gdziekolwiek. Nasza turystyka nie ma ograniczeń.
W przyszłym roku zamierzamy dokończyć Świdowiec a następnie przekroczyć granicę ukraińsko-rumuńską i kierować się na południe. Wracamy do taktyki z SPMC czyli zakładania określonego celu na dany dzień. Większość z nas w tym roku przesiada się na rowery z pełną amortyzacją, co powinno ułatwić taką formę turystyki. Znów szukamy osób chcących nas wesprzeć swoją wiedzą, doświadczeniem w górach Rumuńskich jak również i finansowo.
|
|
 |